Ten prom wypływa z miasta Tarifa, które jest najdalej na południe wysuniętym punktem Hiszpanii i znajduje się 100 km od Algeciras. Ale nie będziesz musiał dostać się do Tarify na własną rękę – cena biletu obejmuje transport do głównego portu, gdzie bezpiecznie zostaniesz umieszczony na pożądanym promie.

Jeśli chodzi o koszty, cena biletu nie jest zbyt „gryząca” – tylko 42 euro. Przynajmniej jak na Europę, nie jest bardzo droga.

Przed wejściem na pokład trzeba przejść kontrolę graniczną i dostać pieczątkę wyjazdową. U mnie wszystko poszło szybko i bez zbędnych pytań, jak u wielu innych – wyjazd z Europy to nie wjazd, gdzie można nawet mrugnąć. A wielu innych nie zatrzymano, nie ostemplowano i nie wypuszczono.

Następnie zaczęliśmy nurkować na promie.

Co mi się nie podobało przy wejściu, to mała szafka z trzema półkami na walizki. Oczywiście nie zmieściło się w niej wszystko, a ponieważ się nie spieszyłam, musiałam położyć torby tuż obok niej, opierając je o ścianę.

A potem weszliśmy na pokład.

Była przestronna hala, kilka barów z kawą, jedzeniem i napojami po obu stronach i mnóstwo ludzi, z których część już ustawiła się w kolejce do kolejnej, marokańskiej kontroli granicznej. Tam pieczątki wbijali jeszcze szybciej niż na kontroli hiszpańskiej – Marokańczycy to Marokańczycy. Mądrzy faceci.

Po otrzymaniu pieczątki wjazdowej do Maroka, mimo że jeszcze tam nie wjechaliśmy, wszyscy udali się na wolne miejsca – było ich mnóstwo w przestronnej hali. Usiadłem przy oknie i patrzyłem.

Wyruszyliśmy. Dzień był pogodny i gorący, Hiszpania zaczęła powoli rozpływać się w tajemniczej mgiełce, jej wybrzeże stawało się coraz mniej widoczne, zrobiło mi się trochę smutno w duszy – Europa, w której spędziłem prawie półtora roku, dobiegła końca i została gdzieś tam, po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej.

No nic, czekałem na Maroko przez te półtora roku z dziecinną trwogą i przez cały ten czas wielokrotnie wracałem myślami do jednego z moich ulubionych krajów Wschodu, który pierwszy raz postanowiłem odwiedzić z polecenia zupełnie przypadkiem.

Tak więc moja tęsknota za Europą szybko opadła. I przyznaję, że nie tęskniłem za nią bardzo – nie podobała mi się też szczególnie. W jednym z kolejnych artykułów opowiem więcej o mojej podróży tam – nie przegapcie jej!

Jeśli chodzi o Gibraltar, w pewnym momencie wyszliśmy na otwarte morze, a brzegów w ogóle nie było widać. Byłem bardzo zaskoczony, bo myślałem, że to tylko 14 kilometrów (to liczba, którą zawsze mówili mi Marokańczycy). Ale wydawało się to 2,5 raza dłuższe.

Poza tym popłynęliśmy do Tangeru, najbardziej wysuniętego na północ portu Maroka, na co najmniej godzinę. No, może 50 minut, ale nie mniej. Ogólnie rzecz biorąc, wszystko było całkiem wygodne, żadnych dodatkowych usług na pokładzie.

Wcześniej czy później silne fale uderzą w Gibraltar (ponieważ tam Morze Śródziemne spotyka się z Oceanem Atlantyckim). Przyjdą całkiem niespodziewanie i równie niespodziewanie, poczułem zawroty głowy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie zauważyłem.

Tak czy inaczej, po około godzinie pojawiły się białe meczety i budynki starożytnej Mediny Tangeru. Natychmiast poczułem ciepło rozchodzące się w mojej piersi – w końcu długo oczekiwane Maroko.

Pamiętam uczucie, jakie miałem po zejściu z promu na molo w Tangerze – jakby moja dusza osiadła na swoim miejscu. W Europie, z jakiegoś mistycznego powodu, zawsze czułem się nie na miejscu.

To dziwne uczucie. Nie bez powodu Zachód nazywany jest „bezdusznym” 🙂

Oto historia mojej przeprawy przez Gibraltar promem z Hiszpanii do Maroka.

Przepłynąłem Gibraltar promem z Hiszpanii do Maroka. Dzielę się szczegółami na temat ceny, szybkości podróży i poziomu komfortu